Nowości:

Przemysł farmaceutyczny kontra dziecko

Przemysł farmaceutyczny kontra dziecko

Zastanawiałam się ostatnio, czy istnieje drugi taki kraj na świecie, w którym ludzie mają tak rozbieżne poglądy na temat zdrowia dzieci, form ich leczenia i ilości medykamentów, które tym dzieciom ( zdrowym czy chorym – to nie ma znaczenia ) należy podawać. Mam okazję znać z autopsji kilka przypadków, w których opiekunowie, bazując na skrajnie różnych poglądach i opiniach „ leczą swoje dzieci”.

Co rozumiecie przez pojęcie „leczyć dziecko”? Ja rozumiem to tak, pociecha jest ewidentnie chora, tzn. kicha, kaszle, gorączkuje, lub gdy widzę, iż mimo nie wystąpienia ww. symptomów coś się z nią dzieje złego przez pewien czas, rejestruję ją do lekarza. Zawsze mówię co niepokojącego zaobserwowałam i pytam jakie działania mam podjąć. To właśnie rozumiem przez pojęcie „leczyć dziecko”. Mogę się określić jako umiarkowany w działaniach, niepanikujący rodzic.

Innym typem jest rodzic określany przeze mnie jako „jest ok.” Dziecko kicha, kaszle, z nosa wisi sami wiecie co, a i tak mamunia daje go do przedszkola. Denerwuje mnie to nieprzeciętnie i głośno zwracam na to uwagę. Ja swoje chore pociechy trzymam w domu, nie chcę by zarażały zdrowe. Kombinujemy z Mężem Moim jak zapewnić im opiekę, załatwiamy sobie wolne, obdzwaniamy babcie i dziadków, jednym słowem nie jest łatwo, ale dajemy radę. Gdy więc słyszę, że zasmarkany kilkulatek kicha mi na Młodszą, a mama zapewnia, że wszystko „ jest ok” to dochodzę do wniosku, że ktoś tu jest niepoważny. Zwykle są tłumaczenia typu: nie mam czasu iść do lekarza, dam mu syrop i samo przejdzie, ja pracuję i nie mam z kim chorego dziecka zostawić. Przepraszam bardzo, ale co mnie to obchodzi. W regulaminie przedszkola jasno jest zapisane, że nie należy chorych dzieci przyprowadzać do placówki. No, ulżyło mi gdy to napisałam. Wiem, że niektórym rodzicom ciężko jest zorganizować opiekę dla chorego maluszka, lecz powinni myśleć też o innych.

Drugą skrajnością są nadopiekuńczy i panikujący rodzice. Ich dłuższe towarzystwo sprawia, że zaczynam mieć wyrzuty sumienia z powodu swojej rzekomej, złej opieki nad dziećmi. Na szczęście szybko mi przechodzi. Taki typ ma następujące cechy: preferuje prywatne praktyki lekarskie, ma numery telefonów lekarzy wszystkich specjalności, wyolbrzymiają problemy, katar to początek alergii a chrypka to polip na strunach głosowych. Lecz najbardziej niepokojącą oznaką ich skłonności, są masy leków które kupują dla dzieci. Witaminy, suplementy, antybiotyki podawane na katar, specyfiki na: ból brzucha – zrób kobieto dziecku herbatę miętową lub ciepły kompres; ma problemy z wypróżnianiem – zmień dietę; ma podrażnioną śluzówkę nosa i gardło – zainwestuj w nawilżacze na grzejniki, do kupienia ceramiczne już po kilkanaście złotych; witaminki w tabletkach i kropelkach – a może tak zwykłe pomarańcze. Wiecie co, mogłabym tak długo wymieniać, a i tak pewnie o czymś bym zapomniała.

Podsumowując. Typ „jest ok”- tutaj przemysł farmaceutyczny straci, niestety istnieje potencjalne niebezpieczeństwo dla zdrowia dziecka. Typ „umiarkowany” – nie stracą, ale też dużo nie zarobią. Typ „nadopiekuńczy” – extra premia z pewnością wyrobiona, plus zwiększona rentowność firmy. Apeluję do zdrowego rozsądku rodziców, nie lekceważcie zdrowia waszych pociech, ale też nie róbcie ze zdrowego dziecka lekomana i potencjalnego biorcy wątroby do przeszczepu.